Monaster Zavala

Wyprawa do jaskiń krasowych w okolicy Slano miała być jedną z naszych ostatnich wycieczek w Chorwacji. Do Slano, miasteczka znanego przede wszystkim z dużego portu jachtowego jechaliśmy tylko kilka kilometrów. Na wysokości tej miejscowości musieliśmy skręcić z głównej drogi w lewo i wjechać w wąską drogę prowadzącą w góry, gdzie bez trudu mieliśmy odszukać jaskinie. Zapowiedź łatwej podróży chyba uśpiła naszą czujność. Drogi nie znaleźliśmy, za to wylądowaliśmy w samym centrum Slano. Cóż było robić, postanowiliśmy zmienić plany, zwiedzić miasteczko i port, i przy okazji zapytać o drogę. Zaskoczyłem moją żonę. Kinga z angielskim radzi sobie doskonale, ale w tym przypadku zabrakło jej słowa. Pomogłem, jaskinia to cave. I w tym miejscu specjalne podziękowania dla mojego ulubionego muzyka Nicka Cave’a. Jaki ten świat mały. Zaparkowaliśmy samochód, wtedy podszedł do nas mężczyzna w średnim wieku i poprosił o pomoc. Przyjechał na plażę, ale przez nieuwagę zostawił auto na światłach i akumulator mu zdechł. W ruch poszły kable, które zawsze mamy w bagażniku. Samochód nie chciał zapalić, trzeba było poczekać kilka minut, żeby się podładował. To był idealny czas na pogawędkę z nieznajomym. Okazało się, że to Szwed, który mieszka wysoko w górach w Bośni. Przy okazji trochę inaczej spojrzeliśmy na uprzejmość Chorwatów i turystów tutaj przyjeżdżających. Biedak aż dwie godziny stał na parkingu i nie mógł się doprosić o pomoc. Spytaliśmy też o jaskinie. Uradowany, że udało się uruchomić silnik zaproponował, że nas popilotuje. Drogę znał znakomicie ponieważ mieszkał w okolicy.

Szwed pojechał pierwszy, my za nim. Droga owszem była asfaltowa, ale bardzo wąska. Ledwo mieściło się na niej jedno auto, na szczęście co kilkadziesiąt metrów były zatoczki, aby przepuścić samochód jadący z przeciwka. Tylko co z tego, jak od przepaści nic nas nie chroniło, żadnej barierki, w bocznym lusterku obserwowałem jak tylne koła naszego auta niebezpiecznie blisko balansowały na krawędzi. Droga do tego była bardzo kręta. Za to te widoki. Góry Chorwacji są naprawdę piękne. Po kilku kilometrach, na szczycie wzniesienia zatrzymał nas szlaban na drodze. Dokumenty do kontroli, bo właśnie wjeżdżamy do Bośni. Po drodze zadziwił nas widok pełnowymiarowego boiska piłkarskiego na samym dnie doliny. Była trawa, bramki z siatkami, ogrodzenie – tylko za żadne skarby nie mogliśmy dojrzeć drogi lub chociaż ścieżki prowadzącej na dół. Po za tym w okolicy nie było żadnej wioski, po drodze minęliśmy tylko dwa domy. Kto więc tam kopie piłkę? - zadawaliśmy sobie pytanie.

Szwed bezpiecznie dowiózł nas do jaskiń. Niestety było już za późno na wejście do środka. Ostatnie wycieczki wpuszczane są o godzinie 17.

- Tam na wzgórzu jest kościół i klasztor z początku I wieku – pokazał nam nasz przewodnik chcąc uratować sytuację.

Podziękowaliśmy za pomoc i zaczęliśmy się wspinać na wzgórze, by dotrzeć do kościoła.

Coś nam nie pasowało w opowieści o historii kościoła. Z pomocą szybko przyszedł „doktor google”. Ustaliliśmy, że znajdujemy się we wsi Popowe Polje. Owszem legendy mówią, że kościół w tym miejscu ufundował w III wieku Konstantyn I Wielki, ale kościół który mieliśmy przed sobą zbudowano w XV wieku. Dzisiaj znajduje się w nim męski, ortodoksyjny zakon prawosławny. Aby wejść na teren świątyni musieliśmy ubrać długie spodnie, na ramiona zarzucić chusty, a żona dodatkowo zakryć materiałem włosy. Na szczęście Maks uniknął tych katuszy, dziecko mogło wejść w krótkich spodenkach. W koszmarnym sierpniowym upale to naprawdę wyzwanie wspiąć się po stromej drodze, a potem schodach. Kościół jest maleńki, wykuty w skale, a tylko wieża obok została dobudowana.

Świątynia robi wrażenie, naprawdę warto ją zobaczyć.

Maks na wzgórzu pod samym wejściem miał mały kryzys. Rozpłakał się, ale sytuację szybko uratował młody mnich, który do niego zagadał. Nie ważne, że po serbsku, dla malucha liczył się uśmiech, którym go zakonnik obdarzył. Za moment było podanie ręki, nawet przybicie piątki. Mnisi w dobrej cenie sprzedają przepiękne malowane ikony na drewnie. Te średniej wielkości kosztują 20 marek bośniackich, czyli około 40 złotych.

Koszmarną drogę przez góry pokonaliśmy już po ciemku, to było niesamowite przeżycie. Następnego dnia czekała nas ponowna przeprawa przez góry, by dotrzeć do jaskini.

Galeria- kliknij w dowolne zdjęcie, aby otworzyć