Wstępniak

Są książki, które powinny być lekturą obowiązkową dla każdego, ale często okazuje się, że dotarcie do tytułu stanowi problem ponieważ współczesne wydawnictwa ich nie wznawiają. Tak jest ze „Wstępniakiem” Guntera Wallraffa niemieckiego dziennikarza i pisarza. Książka w Niemczech ukazała się w roku 1977. Publikacja narobiła niezłego zamieszania. Autor pod fałszywym nazwiskiem zatrudnił się w gazecie „Bild” i przez kilka tygodni od środka obserwował redakcję. Wyruszał w teren, pisał teksty. Szybko przekonał się, że praca dziennikarza tabloidu bardzo różni się od tej w tradycyjnej gazecie. Kolejne zlecenia wprowadziły niedoświadczonego reportera brukowca w świat kłamstwa, obłudy i manipulacji stosowanych w tej wysokonakładowej gazecie. Wyruszając w teren miał już gotowy plan artykułu przygotowany przez redaktorów. Jego zadaniem było tylko znalezienie jakiegokolwiek potwierdzenia i zdjęć. Oczywiście jeśli podczas pracy zaczęły wychodzić na jaw zupełnie inne fakty nie miało to żadnego znaczenia. Po prostu zostały przemilczane. Takie dziennikarstwo umożliwiało napisanie nieprawdziwego artykułu w zasadzie na każdy temat.

Na uwagę zasługuje sposób w jaki dziennikarz zmuszany jest do zdobycia informacji i zdjęć. Nachodzenie w domu rodzin ofiar wypadków to codzienna praktyka. Tragedia, żałoba, łzy nie mają znaczenia. Dziennikarz ma zdobyć zdjęcie nawet kosztem kłamstwa, oszustwa a nawet kradzieży.

Gunter Wallraff wydał jeszcze kilka książek obnażających niesprawiedliwość społeczną w kapitalistycznym RFN. Często stosował reportaż uczestniczący. Wcielał się w bezdomnego alkoholika czy też pracownika sezonowego. Nie ma więc co się dziwić, że jego książki były chętnie wydawane w PRL. Jeśli kogoś „Wstępniak” zainteresował niestety tytułu musi szukać w antykwariacie albo w internecie.

 

„Wstępniak” po polsku

Od roku 2003 na rynku w Polsce ukazuje się gazeta codzienna Fakt wzorowana na niemieckim Bildzie. Właścicielem jest to samo wydawnictwo. To był pierwszy z prawdziwego zdarzenia brukowiec w naszym kraju. Co prawda istniał już Super Express, ale był on redagowany zupełnie inaczej i w tamtej wersji trudno było go traktować jak tabloid.

„Fakt” odniósł wielki sukces finansowy i szybko stał się najlepiej sprzedawaną gazetą w Polsce. Stosowanie tych samych metod co w „Bildzie” było dla wielu dziennikarzy, ale i czytelników prawdziwym szokiem. Gazeta była krytykowana lecz to inne konkurencyjne media zaczęły stosować metody znane z tradycyjnego brukowca. Wszystko, by utrzymać sprzedaż na przyzwoitym poziomie.

Nie trzeba było długo czekać na publikacje wzorowane na książce Guntera Wallraffa.

Najpierw ukazały się „Kadry prawdy czyli byłem wyrobnikiem tabloidu” napisane przez poznańskiego fotoreportera Wojciecha Wardejna. Ta pozycja nie zasługuje na uwagę. Można powiedzieć, że to zwykłe grafomaństwo. Wspominam o niej tylko dlatego, że była to pierwsza tego typu publikacja. W ocenie książki ważna jest informacja, że autor zdecydował się na publikację dopiero, gdy został zwolniony z gazety. To w zasadzie jego zemsta za utratę pracy, którą jak sam opisuje w książce bardzo kochał i lubił. Zresztą autor nawet nie potrafi dojrzeć moralnych i etycznych problemów związanych z prasą brukową.

Podobny zarzut można postawić autorowi „Wyznań hieny”. Piotr Mieśnik to także były dziennikarz Faktu, który został zwolniony. Lecz w tym przypadku pod względem literackim dostajemy o wiele lepszy produkt. Książkę czyta się dobrze. Tyle tylko, że niewiele nowego wnosi ona do dyskusji. Opisane metody działania gazety Fakt mogliśmy poznać wcześniej z licznych artykułów w prasie zajmującej się mediami.

 

Wybiórczy przegląd prasy brukowej

Fakt na początku sprzedawał się w nakładzie ponad półmilionowym. Dzisiaj to już tylko 250 tysięcy. Jednak wiele osób nie miało nigdy w życiu tej gazety w ręku. Dlatego przygotowałem mały przegląd prasy brukowej. Z niektórych tematów można się śmiać, ale to tylko pozory. Sukces brukowców opiera się na zwykłej ludzkiej zawiści. Autorzy zdają się mówić – zobaczcie oni mają gorzej od was. W języku niemieckim istnieje specjalne słowo – Schadenfreude, które oznacza radość z cudzego nieszczęścia.

Są artykuły, których powstanie naprawdę trudno zrozumieć. Super Express w walce o utrzymanie się na rynku stał się bardziej brukowy i agresywny niż sam klon Bilda. Redaktorzy zapłacili Katarzynie W. spore pieniądze za rozbieraną sesję na koniu w momencie, kiedy cała Polska doskonale wiedziała, że to ona zabiła własne dziecko. Aresztowanie i postawienie zarzutów było tylko kwestią czasu.

Fakt zasłynął ośmieszeniem mieszkańców jednej z wioski w Wielkopolsce i pokazywał jak piją oni wodę prosto z jeziora. Gazeta wymyśliła absurdalne kłamstwo pisząc, że w jeziorze zamiast wody jest alkohol. Redaktorzy tych dwóch gazet prześcigają się w wymyślaniu najbardziej nieprawdopodobnych kłamstw. Nie ma w nich nawet odrobiny prawdy, a ludzie występujący na zdjęciach po prostu za udział w sesji dostawali pieniądze. Bezrobotny na wsi za 100 złotych zgodzi się za wszystko. Tak powstały artykuły o panu stawiającym wróżby z damskich pośladków; pani, która nie śpi ponieważ w jej domu przecieka dach i musi trzymać parasol; kolejna kobieta twierdzi, że w niebie jest Internet, ona wie ponieważ przeżyła śmierć kliniczną; następny nieszczęśnik zamiast telefonu przyłożył sobie do twarzy rozpalone żelazko; kurz złamał kobiecie rękę; mewa porwała pieska.

Niestety za te wszystkie brednie odpowiadają czytelnicy. Dopóki ludzie będą kupować takie gazety to nie znikną one z rynku.