Wrocławskie Nadodrze

 

Każde miasto ma dzielnicę, w której czas się zatrzymał, a przynajmniej biegnie innym tempem. Lubimy zwiedzać takie miejsca i tak zaczniemy relację z naszej wycieczki po Wrocławiu.
Rodzinne podróżowanie ma jeden zasadniczy plus. Każdy z nas jest inny i szuka czegoś innego. Podróżując wspólnie, musimy szukać kompromisów. Nawet pod naszego malucha wybieramy miejsce, które pewnie byśmy sami ominęli.
Dzisiaj zabieramy was do Nadodrza, dzielnicy Wrocławia cieszącej się od dawna złą sławą. To oczywiście pomysł Przemka, ale Kinga dzielnie maszeruje. Po przejściu kilku ulic stwierdza- jest klimat.

Nadodrze, leżące na terenach nazywanych „Przedmieściem Odrzańskim” (po niemiecku Oder Vorstadt) zostało włączone w granice miasta w roku 1808, po zburzeniu fortyfikacji miejskich.
Z ważniejszych dla miasta obiektów znajduje się tu zajezdnia tramwajowa i elektrociepłownia.
Ta północna dzielnica Wrocławia miała wiele szczęścia, podczas wojny nie została zniszczona. Dlatego dzisiaj możemy podziwiać stare kamienice oraz klimatyczne brukowane uliczki. Zachował się niepowtarzalny charakter architektoniczny śródmieścia.

Wychodząc ze starego miasta przez jeden z mostów, kierujemy się stronę kamienicy z wielkim muralem z żarówką i starymi budynkami oraz napisem „Nadodrze”.
Jesteśmy, więc u celu. Wchodzimy w rejon ulic cieszących złą sławą. Sami mieszkańcy przez lata powtarzali – Najlepsze co możesz tam dostać to dobrze po ryju.

 

 

Pierwsze podwórko, na które zaglądamy, nie wygląda dobrze. Wąskie przejście między dwoma ścianami zagryzmolone jest słabym graffiti. W środku rośnie zagubione drzewo. Kiedy fotografuję, Kinga czeka na ulicy. Obawiam się, że zaraz zarządzi odwrót.

 

 

Idziemy dalej. Za rogiem znowu widzimy olbrzymy mural. Wysokie kamienice są w większości w fatalnym stanie, ale na poziomie ulicy tętni życie. Na parterze znajdują się klimatyczne kawiarenki, knajpki, sklepy i galerie. To był zawsze znak rozpoznawczy tej dzielnicy. Wrocławianie trochę bali się Nadodrza, ale przychodzili tutaj na handel i w poszukiwaniu dobrych szewców, krawców, zegarmistrzów i innych rzemieślników.

Głównym celem naszej wycieczki do Nadodrza są kamienice przy ulicy Roosevelta. Nie znamy numeru, dlatego zaglądamy w każdą bramę. W jednej z nich natrafiamy na ciekawą instalację.
Znajdujemy też ulubiony cytat Przemka z prozy Camusa. Jesteśmy na miejscu i jedna osoba została już kupiona.

 

 

 

W bramie mijamy mocno nieobecnego mężczyznę.
– Znowu idziecie oglądać te malowidła-potem nastąpił dług ciąg niecenzuralnych słów – lepiej by klatkę odmalowali, na zewnątrz kolorowo, w środku syf.

 

 

 

Wkrótce przekonaliśmy się, o czym nieznajomy mówił. Roosevelt numer 5 i 6 skrywa dwa połączone podwórka. Parter, czasem pierwsze piętro, płoty, garaże to jeden wielki obraz. Kolorowe rysunki kontrastują z ruiną.

 

 

Jest co oglądać. Tak na oko rysunku ciągną się na przestrzeni 300 metrów. Znajdujemy przeróżne cuda. Prawdziwy polski miszmasz – anioły, symbole narodowe, mały powstaniec warszawski, święci, zwierzęta, złe wróżki i potwory. Kolorowo, bajkowo, miejscami dziwnie, może nawet zabawnie. Przez moment mamy mieszane odczucia. Za moment przychodzi otrzeźwienie, jak smutno i beznadziejne wyglądałoby t podwórko bez rysunków.

Zapraszamy do obejrzenia naszej galerii.

 

 

 

Rozbawił nas kolorowy słoń porwany w górę przez stado motyli. Tylko, gdzie on leci, przecież wyżej jest zniszczona, szara i prawie pozbawiona tynku kamienica?

 

 

 

Na ostatnim piętrze znajdujemy rzadki widok. Jedno podniszczone oko w gąszczu anten satelitarnych. Można przypuszczać, że lokator ma problemu z opłaceniem rachunku za prąd, więc skąd to telewizyjne bogactwo?

 

 

Po podwórku kręcimy się dość długo. Często mijamy się z mieszkańcami. Uśmiechają się do nas, chyba są dumni, że ich podniszczona kamienica przyciąga turystów.
Obok zakratowanego okna czuwa anioł. To miejsce jest magiczne.